poniedziałek, 21 marca 2016

Shiseido Tsubaki Shining- szampon i odżywka rodem z Azji.


Po serii wpisów o azjatyckich kremach pozostaniemy na tym wielkim kontynencie jakim jest Azja i zajmiemy się pielęgnacja: tym razem włosów.

Inne produkty tej samej marki prezentowałam już na swoim blogu:
Shiseido- Ma cherie Moisture szampon i odżywka 
 TSUBAKI
Tym razem pod lupę weźmiemy  szampon i odżywkę japońskiej marki Shiseido.
W linii Tsubaki możemy znaleźć kilka różnych typowych dla włosów serii tj. objętość, nawilżenie itd. ja zdecydowałam się na błysk. Marzą mi się gładkie, długie i lśniące włosy kto z Nas by takich nie chciał? Ponieważ mam włosy średniej długości to niech będą trochę przynajmniej lśniące i gładkie.
Co znaczy to tajemnicze tsubaki? Otóż Tsubaki to nic innego jak Kamelia japońska (Camellia japonica). Olej tej rośliny używany jest od dawna w medycynie ludowej, jest bogaty w kwas oleinowy i linolowy. W produktach do włosów ma być emolientem i mieć działanie wygładzające i nabłyszczające a zawarte w niej kwasy mają odżywiać włosy. 

Opakowanie
Oba produkty zapakowane są w plastikowe butelki w kolorze czerwonym ze złotymi napisami oraz ze złotym shimmerem co sprawia, że wyglądają bardzo ekskluzywnie. Otwór w tych butelkach pozwala na bezproblemowe wydostanie produktów. Plastik jest trochę twardy przez co jeśli zostało nam mało produktu trzeba stawiać butlę do góry nogami bo nie wyciśniemy z tak twardej butli produktu do końca. 



Moje wrażenia
Konsystencja szamponu jest z tych bardziej gęstych , nie spłynie nam z dłoni. Ładnie się pieni- ja nie lubię nie pieniących się produktów myjących. Co do konsystencji odżywki jest raczej rzadka, ale nie spływa z włosów, trzymam ją przez parę chwil i spłukuję.
Piękny kwiatowy zapach obu produktów sprawia, że się relaksuję w czasie prysznica ;)
Szampon:
Skład szamponu:
Odżywka:
Skład odżywki:

Moja opinia
Włosy są lśniące i łatwo się rozczesują. Nie znam się na składach, ale coś mi mówi że produkt nabity jest silikonami a może mi się wydaje? Jeśli jest ktoś kto zna się na składach to proszę o opinię. Dlaczego sądzę, że w tych produktach są silikony? Z prostej przyczyny iż w większości azjatyckich kosmetykach są silikony, w wilgotnym klimacie włosy bardzo by się puszyły i w dotyku były takie tępawe ciężkie i nie błyszczące a jeśli używamy silikonu to ten problem Nas omija. Osobiście bardzo przypadł mi do gustu ten zestaw a w gorącym wilgotnym klimacie Malezji (zachęcam do posta o podróży do Malezji) był bezbłędny. W Polsce zimą lekko obciążył moje włosy ale myślę, że w gorące lato byłby jak znalazł. Co mi jeszcze podoba się w tym produkcie, możemy kupić wersje do uzupełnienia.
Co prawda do mojego opakowania nic nie dolejemy, bo się nie otwiera ale jest opakowanie z pompka lub możemy wsiąść dowolne opakowanie i przelać ten produkt. co mi się w nim nie podoba?
Dostępność i cena w Polsce :( jeśli będziecie się wybierać w gorący i wilgotny klimat to ten kosmetyk na pewno Was nie zawiedzie, jeśli lubicie gładkie włosy i błyszczące jak tafla ten produkt również was nie zawiedzie.

niedziela, 20 marca 2016

Holika Holika Petit BB Cream- Bouncing

Pozostajemy w klimatach kremów BB po poprzednich postach podsumowujących kremy BB, które miałam okazje przetestować:

Dziś czas na nowość u mnie czyli Holika Holika Petit BB cream Bouncing.

 Holika Holika odświeżyła wygląd swoich opakowań. Tym razem jak w przypadku poprzednik kremów BB z linii Petit nie spogląda na Nas uroczy kotek (a szkoda). Z tej linii używałam już:


Tym razem czas aby wypróbować odświeżony wersję wspomnianego wcześniej Essential czyli Bouncing ma jest on także: "upiększająco – pielęgnującym kremem BB z ochronnym faktorem SPF 30PA++.Formuła kremu zawiera kawior i kolagen, które zapewniają działanie przeciwzmarszczkowe, ujędrniające i nawilżające. Lekka, kremowa konsystencja stapia się ze strukturą skóry i nadaje jej naturalny i promienny wygląd. Krem wyrównuje kolor który, sprawia, ze nabiera zdrowego blasku i koloru. Jest długotrwały – utrzymuje się na skórze cały dzień."Krem Essential przypadł mi do gustu a jak z jego odnowioną formułą? O tym w dalszej części posta. 

Do testu otrzymałam próbkę od wake up- make up! która wyraziła swoją pochlebną opinię o tym kremie w TYM poście tak więc zapraszam do zapoznania się z nią. 


Na odlewce znajduje się nazwa produktu i jego pojemność za co moje uznanie. Oraz adres internetowy strony na której osobiście nic nie kupiłam dlatego nie mogę wyrazić swojej opinii o niej. 


Konsystencja budyniowata, kolor w słoiczku wydaje się dość ciemny ale jest przyjemny i jasny po nałożeniu. 
Co do efektu: 


Moja opinia
+ Krem nosi się bardzo komfortowo,
+ Kryje drobne zaczerwienienia i niedoskonałości,
+ Zostawia naturalny efekt na skórze
+ Ma przyjemny kolor, nie jest różowy (jak Sin79 Snail) ani szary (jak Skin79 Pink)
+ Trwałość standardowa czyli około 8 godzin, ja zawsze pudruje kremy BB ponieważ wpływa to na ich trwałość
+ Nie wchodzi w załamania skóry ani drobne zmarszczki
+ Posiada filtr SPF 30PA++
+ Pozostawia wrażenie nawilżenia na skórze
+ Cena za 30 ml trzeba zapłacić coś około 31 zł co w porównaniu z horrendalnymi cenami Skin79 na naszym rynku jest dużym plusem. trzeba jeszcze brać pod uwagę fakt, że kremy Skin79 wcale nie są jakieś super mega a ten może nie pozorny kremik Holiki na pewno nie ustępuje im jakością jeśli nie jest od nich lepszy. 
+ Wygodne opakowanie pełnowymiarowego produktu. 

sobota, 19 marca 2016

Przegląd kremów BB cz. 2- Skinfood, BRTC, Nature republic, Etude House, Holika Holika

O przeglądzie kremów BB tylko jednej marki a mianowicie Skin79 pisałam TUTAJ dziś kolej na przegląd kremów BB z innych azjatyckich marek. Swoją przygodę z kremami BB i azjatyckimi kosmetykami pielęgnacyjnymi rozpoczęłam 5 lat temu od tamtego czasu przez moje ręce przewinęło się kilkanaście koreańskich kosmetyków. Zróbcie sobie herbatki, albo weźcie coś innego do picia zapraszam w podróż po moich kremach BB.


Zaczniemy od marki Skinfood: 

Skinfood Aloe Sun BB cream 

Jego efekt na skórze prezentowałam TUTAJ i powiem, że jak się patrze na te zdjęcia to zachęcam się do niego coraz bardziej. Ładne krycie i naturalne wykończenie.

Teraz czas na całą linię: Skinfood Good Afternoon Apple&Cinnamon, Rose&Lemon, Honey&Black Tea


Każdego z nich miałam tylko próbkę z czego się cieszę. Mimo uroczych opakowań:
Ta linia kremów BB okazała się niewypałem, kolor konsystencja i wrażenia na skórze nie pasowały mi. Szersza recenzja TUTAJ.

Zmieńmy teraz producenta na Nature Republic 
a mowa o ich kremie Botanical Pore BB



Ta koreańska firma w  założeniu produkuje kosmetyki wykorzystując "naturalne składniki", krem ten zawiera ekstrakt z pistacji, witaminy i minerały które mają sprawić, że pory staną się mniejsze. Żółty odcień kremu ma neutralizować zaczerwienienia i wszelkie niedoskonałości skóry, jest lekki i dzięki temu w delikatny sposób ukrywa pory pozostawiając naturalny wygląd nieskazitelnej skóry. Jego szerszą recenzję można zobaczyć TUTAJ. Mi krem mimo, że posiada dość dobre komentarze w internecie nie podszedł :( Niestety nie polubiliśmy się, ale uważam że jego żółty kolor był świetny jedynie formuła jak dla mojej skóry powinna być zmieniona.

Po tych kilku nie trafionych kremach BB czas na całkiem dość przyjemne kremiki a mianowicie Holika Holika 
Petit BB, Essential


W tym uroczym opakowaniu zamknięty jest całkiem przyjemny krem BB którego obszerniejszą recenzję wraz z efektem na skórze można zobaczyć TUTAJ. Dobry krem w przyzwoitej cenie. 

Petit Clearing
W równie uroczym opakowaniu z kotkiem zamknięty został krem z pięknym kryciu i naturalnym efekcie. więcej w TYM poście. Kolejny krem w dobrej cenie i z bardzo dobrą jakością. 

Porównanie kolorów do posta z porównaniem kolorów 8 kremów BB rożnych marek zapraszam TUTAJ

Kolejny krem, który bardzo lubię za efekt i krycie to krem ze stajni Etude House 
Precious Mineral BB Cream Cotton Fit


Jest to super krem z pudrowym wykończeniem o bardzo dobrym kryciu, ładnym kolorze i przede wszystkim naturalnym efekcie na skórze pisałam TUTAJ. 

Na koniec mój ulubieniec ostatniego lata czyli BRTC 
Jasmine Water

Jego efekt pokazywałam TUTAJ. Piękny naturalny efekt, wykończenie w typie "mokrej skóry" (bardzo pożądany przez Koreanki), przy ładnym kryciu. Nawilża i jest bardzo komfortowy w noszeniu. Myślę, że do niego wrócę ale na to lato czekają już kolejne kremy BB do przetestowania ;) 


Znacie któryś z tych kremów? Lubicie kremy BB czy pozostajecie przy tradycyjnych podkładach? 

poniedziałek, 14 marca 2016

Przegląd kremów BB cz.1- Skin79

Przygodę z kremami BB rozpoczęłam w 2011 r (to już 5 lat kto by pomyślał jak ten czas szybko leci). Pamiętam jak dociekałam co to właściwie jest krem BB, na początku myślałam, że to nazwa przypisana jedynie do Skin79 dopiero później odkryłam, że jest to rodzaj kosmetyku :) 

Dziś chciałam Was zaprosić na posta podsumowującego kremy BB, które przez ten czas przewinęły się przez moje ręce. 

Rozpoczęłam swoją przygodę z firmą Skin79 więc zaczniemy od kremów tej marki: 
Porównanie kolorów:

Vital Orange: ma żółty przyjemny kolor, mocne krycie i matowe wykończenie. Więcej pisałam o nim TUTAJ. 
Snail: ma różowy kolor, nawilża i ma wykończenie typu dewy. po więcej szczegółów odsyłam do swojego ślimakowego posta TUTAJ oraz do posta w całości poświęconego temu kremowi TUTAJ.
Gold: jest mniej szary niż jego różowy odpowiednik, ma ładne krycie i jest bardziej odżywczy niż wersja Pink. Pokazywałam go w zbiorczym poście TUTAJ.

Oriental Gold BB: Ładne krycie, przyjemne wykończenie. kolor tez jest dość neutralny jak na bebiki. Konsystencja rzadsza niż gold, pink lub orange. Więcej szczegółów razem ze zdjęciem jego krycia TUTAJ.

Skin79 The Oriental Gold BB

 

 Pink czyli ten pierwszy z którym miałam kontakt, szarawy odcień, naturalne wykończenie i ta radość że ma się w rękach oryginalny azjatycki krem BB, kupiłam go w sklepie Skin79 w Malezji więc o jego oryginalność nie musiałam się lękać. Pisałam o nim troszeczkę TUTAJ, ponieważ używałam go zanim zaczęłam swoją blogową przygodę. 

 Super + BB Purple czyli jedna z nowości tej firmy, kupiłam małą próbkę na wypróbowanie. Miałam co do niego mieszane uczucia, pisałam o nim TUTAJ.

skin79 Super + fioletowy
Super + triple solution BB Green czyli kolejna nowość Skin79 krem, który pozostawia bardzo naturalne wykończenie pisałam o nim TUTAJ.

 Kolejnym produktem od firmy Skin79 jest ich puder, nie jest to co prawda krem BB, ale trzyma się w standardzie nazwą: Dear Rose BB pact.

 Urocze opakowanie zawierało całkiem przyjemny puder, z chęcią skusiłabym się na jeszcze. Po więcej szczegółów odsyłam do posta TUTAJ.

 Jeśli chodzi o kremy BB tej firmy to wszystko co miałam okazje testować. Znacie któryś z nich? Lubicie czy raczej wam nie podpasowały? 

 Niedługo zrobię przegląd kolejnych kremów BB i innych azjatyckich kosmetyków, które miałam okazje testować.

niedziela, 13 marca 2016

Testujemy krem CC - Lioele Dollish Cera-V CC


Wraz ze zbliżającą się wiosną powraca u mnie czas na kremy BB. Zostały one już tak rozreklamowane, że doszły nawet na Nasz europejski rynek, a ostatnio dzięki książce o sekretach urody Koreanek może nawet pojawi się ich większy wybór oraz więcej fanek za co trzymam kciuki.

Dziś jednak nie o kremie BB a o jego następcy czyli kremie CC. Czyli wraz z trendami przechodzimy do kolejnych liter. Swoją przygodę z kremem typu Colour Correct zaczęłam od Skinfood Vita Water Drop CC cream o którym pisałam <TUTAJ>.
Tym razem postanowiłam zakupić pełnowymiarowe opakowanie innego kremu CC czy pożałowałam? Czy jest lepszy od kremów BB? Zapraszam do posta.


OPAKOWANIE
Krem znajduje się w solidnej i estetycznej plastikowej butelce. Samo wykonanie jest bardzo porządne a butelka ma lekko opalizujący efekt. Znajduje się w niej 30 g produktu, który wydobywamy za pomocą pompki.

Ta biel i różowe złoto, estetyczne cudo.

KOLOR

Biały z drobinkami pigmentu które wyglądają jak mak w kremie ;)
W czasie rozcierania pigmenty zabarwiają białą bazę na beżowy kolor.

W czasie rozcierania:

Całkowicie roztarty:


DZIAŁANIE
Co mówi o Nim producent: "Dollish Cera - V CC Cream to najnowszy produkt Lioele typu all-in-one. Jest wielofunkcyjny krem, który tuszuje niedoskonałości, daje naturalne krycie, pielęgnuje skórę i chroni ją przed szkodliwym działaniem promieniowania słonecznego.
Cecha charakterystyczną kremu CC Lioele Dollish Cera - V CC SPF34 PA++ jest jego biała barwa, która w kontakcie ze skórą zmienia się na naturalną, która dopasowuje się do koloru cery i daje subtelny efekt wykończenia. Ponadto krem rozjaśnia i rozświetla skórę, nadaje jej jasny ton i może być stosowany jako baza od podkład.
Krem CC do twarzy Lioele posiada wysoki stopień krycia i pomaga kryć niedoskonałości takie jak: nierówny koloryt skóry, przebarwienia, zaczerwienienia, blizny po trądziku, wypryski.
Dzięki obecności składników takich jak: wyciąg z kwiatów drzewa baobabu, ekstrakt z aloesu, alg, olej jojoba i orzechów makadamia, witamin oraz ceramid, krem pielęgnuje skórę, zapewnia jej nawilżenie, odżywienie i wpływa na procesy naprawcze naskórka, wygładza ją i nadaje młody wygląd."

Co powiem o nim ja: 
+ Krem zawiera filtr SPF 34/ PA++ co jest typowe dla wszystkich kremów z Azji i co mi osobiście przypada do gustu.
+ Krem ma łady kolor, ładnie się rozciera, stapia się ze skórą i jest komfortowy w noszeniu.
+ Wygładza skórę i rozjaśnia. Cera od razu wygląda na wypoczętą i pełną blasku.
+ Utrzymuje się 8 godzin bez problemu.
+/- Kryje drobne zaczerwienienia niestety moich sińców pod oczami ani kiedy moja skóra ma gorszy okres nie zakryje większych niedoskonałości :(
+ Optycznie wygładza pory.

A oto i jego rezultaty na mojej skórze. Zdjęcia robiłam kiedy moja cera nie wygląda najlepiej jak potrafi ani też najgorzej o taki średni dzień: 
Przed

Po:

Widać, że nie dał rady zakryć moich niedoskonałości, ale skóra wygląda bardzo "naturalnie" i lepiej. Jest pełna blasku i optycznie lekko gładsza. Wystarczy trochę korektora i gotowe. 

PODSUMOWANIE
Mimo, że krem ten ma gorsze krycie od moich kochanych kremów BB, polubiłam się z nim. Za delikatny i naturalny efekt, nadaje się do codziennego stosowania w makijażu typu no makeup ponieważ naprawdę wygląda przekonująco. Dla mnie wystarczy on i kryjący korektor i można iść do pracy. jeśli zaś ktoś ma mniej problematyczną cerą to będzie dla niego wyjście idealne ;) 

piątek, 11 marca 2016

Sekrety piękna Koreanek? Peeling Baviphat Peach


Ostatnimi czasy książka o zbliżonym tytule podbija blogi i pozostałe internety. Cieszy mnie to bardzo, bo może dzięki czemu asortyment sklepów z azjatyckimi kosmetykami wyjdzie poza standardowe dla naszego kraju Skin79 czy Lioele gdzieniegdzie Holika Holika. Jeśli ktoś jest zainteresowany tymi firmami polecam posty:

* Skin79 <KLIK>
* Kremy BB <KLIK> 
* Etude House <KLIK>
* Holika Holika <KLIK>

Na swojej blogowej i życiowej drodze życia zdarzyło mi się używać oryginalnych azjatyckich kremów, maseczek czy pielęgnacji do włosów <KLIK>. 
Dziś chciałam przedstawić Wam produkt do pielęgnacji zamknięty w bardzo uroczym opakowaniu o kształcie brzoskwinki.
Marka Baviphat posiada całą owocową pielęgnację. Produkt na który się zdecydowałam to taki "all in one".



W tym uroczym opakowaniu znajduje się 100 g peelingu enzymatycznego typowego dla tamtej szerokości geograficznej- gommage nakładamy go na skórę i masujemy zupełnie jak peeling mechaniczny. Sam kosmetyk nie zawiera drobinek ścierających tym co czyni Naszą skórę gładką są enzymy i ekstrakty zawarte w peelingu. W mgnieniu oka usuwają one z naszej skóry martwy naskórek co da się wyczuć i zauważyć w postaci wałeczków, kłaczków. Po kilku minutach amsażu kosmetyk znika, nie mamy już czym masować twarzy a ilość "kłaczków" jest całkiem spora, zmywamy twarz ciepłą wodą i nakładamy krem nawilżający.


Po zdjęciu góry owocu ukazuje Nam się wyjątkowo przemyślany gadżet a mianowicie uroczo usadowiona łyżeczka:

Ta miniaturowa plastikowa łyżeczka jest cudowna w nabieraniu kosmetyku. Brawo Baviphat!


Co do samego kosmetyku zużyłam go w całości do ostatniej łyżeczki.

+ Pachnie obłędnie,
+ Wygładza skórę,
+ Rozjaśnia skórę,
+ Nie inwazyjnie usuwa martwy naskórek,
+ Skóra jest miękka,
+ Wspaniale oczyszcza.

- Dostępność

 Mimo, że skóra od razu po zastosowaniu była rozjaśniona i gładsza to nadal moją ulubioną maseczką zostaje Skinfood z czarnym sezamem <KLIK>.

środa, 2 marca 2016

Jakie perfumy lubią krowy?

Patrząc na tytuł zapewne sprawdzacie w kalendarzu czy to nie przypadkiem dziś wypada Prima Aprilis lub myślicie, że owe "krowy" to przenośnia. Nie dziś chciałam podzielić się z wami swoją obserwacją i mówiąc krowy mam na myśli krowy. Zapraszam was na dość swobodny wpis na blogu.

W swojej pracy mam możliwość bardzo częstego obcowania z krowami. W czasie jednego ze spotkań poczułam i usłyszałam jak owo całkiem sympatyczne zawierzę bardzo mocno zasysa zapach z mojego nadgarstka. Zadziwieniu mojemu nie było końca, aż mnie olśniło perfumy! Ona wącha perfumy. Od tamtej pory starałam zanotować w pamięci jakie perfumy wzbudziły zaciekawienie, jakie ewidentnie się nie podobały a które obojętność. Niestety moje obserwacje mają charakter raczej hobbistyczny niż naukowy ponieważ zapachy testowałam na różnych krowach.

To, że zwierzęta odczuwają rożnie zapachy i że mają bardziej wrażliwy zmysł powonienia wiemy chyba wszyscy.

Jeśli chodzi o zapach, który wywołał takie zaciekawienie u tamtej krasuli i który zaobserwowałam cieszył się dość sporym "wzięciem" w krowiej populacji był to Angel od Thierry Mugler'a pisałam o nim TUTAJ. Z pośród perfum, których używam na co dzień cieszył się największym zainteresowaniem. Idąc tropem marki postanowiłam przetestować Womanity (pisałam o tym zapachu TUTAJ). Jednak nie wywołały one entuzjazmu nie mówiąc o przypadkach gdzie krowa ewidentnie po powąchaniu cofała się :(
Jeśli chodzi o moje ulubione codzienne perfumy czyli La vie eist belle od Lancome nie wyowłują one żadnej reakcji, ani się podobają ani się nie podobają.
 Jeśli chodzi o pozostałe perfumy, których używałam przez ten czas czyli Be deilicious od DKNY czy Lancome Tresor były one dość obojętne. Naprawdę jedynymi perfumami, które wywołały taką silną reakcję był Angel.
Dziś mam na sobie La Nuit tresor od Lancome myślicie, że się spodoba?

niedziela, 28 lutego 2016

"Pędzle szczotki" OV 1 i OV 2 z Glam-Shop


Do nakładania podkładu najczęściej używam Beauty Blendera bez którego nie wyobrażam sobie życia pokazywałam Wam go w poście o Ulubieńcach od lat TUTAJ. Używam również pędzli, a na fali YT i drogich pędzlach Oval od Artis zapragnęłam kupić te od znanej "jutuberki" Hani. Czy się nimi oczarowałam? Czy mnie zawiodły? Jakie jest moje o nich zdanie? Zapraszam do dalszej części posta. 

Pędzle te dostępne są w dwóch rozmiarach OV1 i OV2 w zestawie kosztują 119 zł zaś cena tych pędzli to 59 zł za OV2 i 69 zł za OV1, kupując w zestawie oszczędzamy 9 zł. Jak widać ceny tych pędzli wcale nie są jakoś specjalnie tanie. Za taką cenę spokojnie kupimy Hakuro czy Zoeva.

Opis tych pędzli ze strony Glam-Shop: "Pędzel typu 'szczotka' wykonany z bardzo miękkiego, włosia syntetycznego. Unikalny kształt pędzla wymusza zmianę nacisku i formy aplikacji produktów na twarz. Efektem nowego sposobu aplikacji jest większe krycie kosmetyków, błyskawiczne ich roztarcie, szybka aplikacja. Ergonomiczny kształt i elastyczny trzonek ułatwiają nakładanie produktów płynnych. Idealny do nakładania podkładów, pudrów, brązerów, korektorów. wskazówka: rozluźnij skórę twarzy podczas aplikacji; postaraj się nie naciskać pędzlem zbyt mocno na twarz - a jedynie rozsmarowywać kosmetyk, w celu ułatwienia aplikacji połóż palec wskazujący na główkę pędzla." 


Jeśli chodzi o samo wykonanie tego pędzla. 
Rączka jest gumowa dzięki czemu dłoń Nam się na niej nie ślizga, widnieje na niej duże oznaczenie pędzla, ale raczej nie pomylimy go z żadnym innym. 


Łączenie gumowego trzonka z pędzlem również wygląda dość solidnie.


Włosie jest syntetyczne i jest go bardzo dużo. Pędzel jest bardzo gęsto nabity włosiem, wydaje się ono być sklejone solidnie. Pędzel przeszedł parę prań i się nie rozkleił a włosie nie wyszło.

To co na tym etapie mi się nie podoba to połączenie elegancko wyglądającego różowego złota z tą czarną gumą. 
Kształt tej szczotki jest półokrągły widać to od razu na powyższym zdjęciu, tak samo rozmiar pędzla OV1 jest na tyle duży aby w jak najkrótszym czasie nałożyć podkład na twarz. Za to OV2 jest za duży do nakładania korektora pod oczami i za mało precyzyjny do konturowania. W sumie to dość duży pędzel i można nim nanieść również podkład. 
Hakuro H51 w porównaniu z OV1, widać, że OV1 jest bardziej nabity i ma "jajowaty" kształt. 

Użytkowanie
Patrząc się na YT jak szybko i sprawnie nakładany jest podkład pędzlem Oval pomyślałam, że oszczędzę czas rano kiedy szykuje się do pracy. podkład faktycznie nakłada się szybciej dzięki rozmiarowi pędzla, ale robi smugi. Pomyślałam, że może to wina podkładu i tak przetestowałam ten pędzel z Colorstay, AA Filler, Ingrid Ideallumi, Lancome Teint Idole Ultra 24h i zawsze to samo smugi. Gdyby tego było mało pędzel zmniejsza krycie podkładu, Colorstay okazuje się mało kryjącym podkładem i mam już podejrzenie graniczące z pewnością, że nawet gdybym nałożyła gładź gipsową krycie było by średnie. Kształt nie pozwala budować krycia, ponieważ rozsmarowuje, dokładnie rozsmarowuje a nie rozciera wszystkie warstwy. Nie zależnie od podkładu nie byłam wstanie nałożyć go równo na twarz. Tworzyły się nie estetyczne smugi i prześwity. 
Pędzel OV2 ten nieco mniejszy nie nadaje się do korektora pod oczy, nie nadaje się do konturowania. A nakładany nim podkład wygląda tak samo jak nakładany OV1 czyli smugi, prześwity. 
Włosie, które w dotyku jest miękkie przy wykonywaniu makijażu działało nieco drażniąco na moją skórę, nie czułam, że "miziam" się czymś przyjemnym. 

Kolejną sprawą jest mycie tego pędzla, niby ma nie chłonąć podkładu bo jest taki nabity i syntetyczny ale normalne jest, że podkład pije. Nie wyobrażam sobie używania brudnego pędzla nie wtedy kiedy ktoś tak jak ja boryka się z niedoskonałościami. Nabite tak mocno włosie utrudniało mi mycie tego pędzla, które wspominam jako drogę przez mękę. 

Podsumowując jest to gadżet, który chciałam wypróbować. Nie sprawdził się i rozczarował mnie na tyle, że nie kupię pędzli z Glam-Shop. Mimo, że bardzo lubię i cenię sobie właścicielkę tej marki i jej działalność w internecie to jednak te dwa produkty nie skradły mojego serca. 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Mój pierwszy raz z Semilac.


Nie było mnie na blogu tak długo, że aż mi głupio kolejny raz za to przepraszać.Niestety moje życie osobiste i zawodowe nie kręci się wokół urody i bloga wiec niestety muszę Was prosić o cierpliwość dopóki moje zawirowania się nie zakończą.

Na koniec zeszłego a początek obecnego roku zamówiłam sobie zestaw do samodzielnego wykonania manicure hybrydowego z firmy Semilac. Wydaje mi się, że było to zaledwie wczoraj a to już koniec lutego. 
W zestawie znajdziemy wszystko co jest nam potrzebne do wykonania hybryd:
* Lampę LED 6 W którą utwardzamy wszystkie warstwy, 
* Bazę 7 ml,
* top 7 ml, Semilac
* kolorowy lakier My love nr 026 o pojemności również 7 ml,
* odtłuszczacz Nail Cleaner Pure 50 ml, 
*płyn do usuwania lakieru hybrydowego Remover 50 ml, 
oraz
* folie do usuwania lakieru hybrydowego 50 szt., można poradzić sobie bez nich ale jak już są dołączone do zestawu to dlaczego nie.
* waciki bezpyłowe 250 szt., 
* mały przyrząd służący do usuwania lakieru hybrydowego a wyglądający jak kostka do gitary Semilac® Striper, 
* blok polerski, 
* 2 pilniki do paznokci.
Całość zapakowana w pudełko. 

Ponieważ mi kolory lakierów bardzo szybko się nudzą kupiłam też dwa inne odcienie.


Jeśli chodzi o samo wykonanie to powiem, że obyło się bezproblemowo nie korzystałam przy tym z instrukcji dołączonej do opakowania a z YT czyli źródła wiedzy wszelakiej. 

Co mi się podoba w tym zestawie:
+ wszystko co potrzebne jest załączone 
+ kompaktowy rozmiar lampy
+ szybkość lampy, mam na myśli to że w bardzo krótkim czasie utwardza lakier hybrydowy
+ to co zachwyca mnie we wszystkich hybrydach czyli trwałość
+ szybkość wykonania, nie trzeba czekać aż lakier dobrze wyschnie aby iść spać. No i można go robić tuż przed wyjściem
+ połysk, wspaniały żelowy połysk.

Mimo iż nie jestem jakimś specjalistą w robieniu hybryd, trzęsą mi się ręce i jestem beztalenciem to z jej wykonaniem jakoś sobie radzę. Jeśli ktoś maluje paznokcie u rąk to i z tym sobie poradzi. 

Co mam do zarzucenia:
- lakier 026 My Love niby ładna klasyczna czerwień, ale przez te błyszczące drobiny w nakładaniu pierwszy raz w życiu była koszmarna. Dużo lepiej nałożył mi się 047 Pink Peach Milk. Nakładał się gładko, nie rozlewał się i dobrze się nosił. Myślę, że drobinki wpływają na jego cechy fizyczne. 

Jeśli chodzi o cenę to wynosi ona około 240 zł uważam, że jak na zawartość nie jest ona zbyt wygórowana. A jeśli wykonujemy hybrydy w salonie to bardzo szybko nam się zwróci. Ja swój zestaw kupiłam tylko i wyłącznie z myślą o sobie nie w celach zarobkowych i powiem, że zwrócił mi się już z nawiązką. 

Tak prezentuje się 047 Pink Peach Milk, widać, że jeśli chodzi o dokładność to jeszcze nie jestem i pewno nie będę tak precyzyjna jak panie z salonu ale i nie zarabiam na tym. Dla mnie moja jakość wykonania jest wystarczająca.



Tu zaś piękna czerwień 028 Classic Wine.

Dzięki hybrydzie mimo mojego ostatnio bardzo napiętego grafiku zawsze mam pomalowane paznokcie co mnie niezmiernie cieszy i nie muszę się martwić odpryskami co cieszy mnie podwójnie.